fbpx

“Dwujęzyczny czyli “żadnojęzyczny”, a język może przekazać tylko guwernantka”?!

Po sierpniowej publikacji wywiadu z prof Jagodą Cieszyńską, gdzie poruszony został wątek dzieci dwujęzycznych, aż zawrzało w środowiskach związanych z tematem. Posypało się sporo negatywnych komentarzy, które w większości jednak znikały ze strony twórcy wywiadu. Nie zostały jednak zbagatelizowane, bo prof. Cieszyńska została ponownie poproszona o wywiad i odnisnienie się właśnie do tych nieprzychylnych komentarzy. 

Zanim przejdę do rzeczonej wrzawy, to przedstawię Ci bardzo krótko sylwetkę profesor Cieszyńskiej. Jako absolwentka wiodącego wydziału pedagogicznego w Polsce, zapoznałam się z dorobkiem naukowym profesor Cieszyńskiej zaraz na początku studiów. Wśród studentów i praktyków zawodu nazwisko profesor najczęściej kojarzy się z Metodą Krakowską. 

Metoda Krakowska® to terapia neurobiologiczna stymulująca wszystkie funkcje poznawcze dziecka. Podstawowym jej założeniem jest naśladowanie kolejnych etapów rozwoju dzieci zdrowych w celu ustalenia programu ćwiczeń dla dzieci z zaburzeniami genetycznymi i rozwojowymi. Za twórczynię Metody Krakowskiej® uważa się prof. dr hab. Jagodę Cieszyńską. (…)  Jednym z głównych elementów terapii według Metody Krakowskiej® jest Symultaniczno-Sekwencyjna Nauka Czytania®

Elementy powyższej metody nauki czytania wykorzystywane są powszechnie przez nauczycieli w całej Polsce, którzy na co dzień zajmują się edukacją dzieci bez zaburzeń. Jednak cała Metoda Krakowska została opracowana jako sposób pracy z dziećmi z zaburzeniami rozwojowymi. 

Zanim przejdę do meritum, to chcę podkreślić, że moim zamiarem nie jest krytyka osoby. Nie śmiałabym podważać autorytetu profesor Cieszyńskiej i nie mam takiego zamiaru. Wyrażam jednak swoją opinię na temat materiału, w którym wystąpiła, niektórych wypowiedzi, jakie tam usłyszałam oraz uogólnień, jakie stosuje zarówno prowadząca rozmowę, jak i gość odcinka. Czuję też potrzebę odezwania się jako głos często krytykowanego w tym materiale pokolenia współczesnych rodziców, wrzuconych w do jednego wora oraz użytkowników zdobyczy nowoczesnej technologii nazywanych często w wywiadzie “smartfonikami” i “tablecikami”. 

Wywiad analizuję w kolejności, w jakiej padły poszczególne wypowiedzi. Odnoszę się do wielu stwierdzeń na podstawie moich odczuć, jako współczesnej mamy zatroskanej o rozwój swoich dzieci, nauczycielki, edukatorki i przede wszystkim praktyka, który spędza ponad 40 godzin tygodniowo z dziećmi w szkole międzynarodowej i niezliczoną ilość godzin z własnym synem i jego przyjaciółmi. 

Cyferki na początku wypowiedzi to czas, w jakim padły poszczególne stwierdzenia. Podaję je na wypadek, gdyby Czytelnik chciał posłuchać oryginalnej wypowiedzi. 

Na początek niegrzeczna świnka 

3.54 

Przy okazji krytyki bajki pt. “Świnka Peppa” padło stwierdzenie “grzeczne dzieci”. Osobiście mam uczulenie na wyraz “grzeczny”, zwłaszcza kiedy pada ono z ust profesjonalisty reprezentującego środowisko pedagogiczne i terapeutyczne. Łatwiej jest mi je strawić, gdy używa go sąsiadka albo starsza ciotka. Określenie “grzeczny” stosowane jest zwykle, żeby opisać uległe, posłuszne i ciche dzieci. A uległość i posłuszeństwo to cechy, które nie zawsze są obiektywnie dobre. To jest bardzo mocno zależne od kontekstu. 

Co do samej bajki, znanej i lubianej na całym świecie, moje zdanie znacie. Jestem zachwycona dialogami w jej angielskiej wersji, wymową, intonacją oraz przypadł mi do gustu humor, który bawi dzieci i dorosłych, ale nie w tych samych momentach. Uważam to za wielką wartość dodaną tej produkcji, bo po prostu chce się oglądać wraz z dzieckiem, a na tym właśnie polega aktywne towarzyszenie dziecku przed ekranem. Podoba mi się także grafika w bajce, bo jest minimalistyczna. Co do oprawy dźwiękowej, którą krytykuje Cieszyńska, widziałam wiele bajek dużo głośniejszych i bardziej “naszpikowanych” bodźcami dźwiękowymi. Argument, że profesor puściła bajkę studentom na całą głośność do mnie nie przemawia, bo ja nigdy nie puszczam dzieciom materiałów na “cały regulator”, dorosłym raczej też nie. Rozumiem jednak ogólne przesłanie jakie za tym idzie, ponieważ bardzo wiele materiałów dedykowanych dzieciom jest przebodźcowane zarówno w warstwie wizualnej, jak i dźwiękowej. Uważam jednak, że nie można winić za to tej jednej świnki 🙂 

Dawniej było cudownie! 

4.54 

Cieszyńska zadaje pytanie, na które sama odpowiada. “Dlaczego mama daje dziecku tablet, gdy dopiero zaczęło siadać?” i od razu mamy odpowiedź: “Z wygody!” 

Dalej kontynuuje wypowiedź pytając jak wszystkie pokolenia radziły sobie z dziećmi bez smartfona, skoro teraz rodzice twierdzą, że nie da się nakarmić, ani ubrać dziecka bez pomocy ekranu. Niestety do razu na myśl przyszła mi odpowiedź, że niektórzy rodzice z “tamtych” pokoleń radzili sobie innymi metodami, takimi jak szantaż, zastraszanie dzieci groźnymi, obcymi dorosłymi, przemocą słowną i niestety czasem fizyczną… Niewielu z nas, pokolenia dzieci lat 80 i 90 choć raz nie słyszało słynnym “bicu pasem”… Z dwojga złego wolałabym chyba oglądać głupoty, niż dostać pasem po tyłku. 

Wśród tych niefortunnych wypowiedzi padają cenne wskazówki dotyczące ilości czasu i rodzaju ekspozycji dziecka na ekrany oraz relacji i czasu poświęcanego na prawdziwy dialog z dzieckiem. Profesor mówi, że “najważniejsze bodźce rodzą się w działaniu z drugim człowiekiem”. (9.15) Podkreśla, że należy dać dziecku czas, a “tego czasu współcześni rodzice nie dają”. Uważam, że to krzywdzące uogólnienie, bo znam wielu rodziców i sama do takich należę, którzy zrezygnują ze swoich rozrywek i przyjemności, żeby jak najwięcej czasu spędzić z dzieckiem. Zwłaszcza teraz, gdy inflacja rośnie jak szalona, a my, współcześni rodzice bierzemy każde dodatkowe zlecenie żeby płacić horrendalne raty kredytu, czy ponosić ogromne koszty życia. Chyba najlepszą opcją w wygłaszaniu takich tez jest podkreślenie, że to obserwacje rodziców, z którymi profesor miała bezpośredią styczność. Uogólnianie jest po prostu krzywdzące. 

17.17 

Cieszyńska słusznie podkreśla, że wczesna ekspozycja dzieci na czas ekranowy jest szkodliwa. Alarmują o tym nie tylko autorytety ze świata naukowego, ale także znane światowe organizacje. Pisałam o tym w mojej książce w rozdziale dotyczącym oglądania bajek po angielsku. Profesor twierdzi, że dzieci od trzeciego miesiąca życia leżą przed telewizorem, a do wózków wkłada się “tablecik”. Wciąż brakuje mi w tej narracji doprecyzowania o czyje dzieci chodzi, bo ja akurat takich nie znam. A z racji wykonywanego od ponad dziesięciu lat zawodu oraz wieku moich synów, znam sporo dzieci i ich rodziców. Może to kwestia dobierania sobie znajomych? Skoro tak, to mogłabym postawić zupełnie przeciwną tezę. Współcześni rodzice wyeliminowali telewizory ze swoich mieszkań i ich dzieci w ogóle nie są eksponowane na ekrany. To zdanie bazujące na moich obserwacjach, ale tego chyba nie muszę dopowiadać? 

20.14 

Dalej słyszymy o tym, że “kiedyś rodzice wracali z pracy o 16.00 i nie można było włączać telewizji, bo nic nie było, ale byli ze sobą”. Wypowiedź ta trąci myszką, ze względu na to, że we współczesnych czasach, często nie wraca się do domu po pracy, tylko się w nim pracuje! Wiele zadań niegdyś wykonywanych w biurach, teraz wykonuje się w domu, a czas pracy nie jest już od do. Wypowiedź Cieszyńskiej skłania mnie do refleksji, czy rodzice „kiedyś” nie włączali tego telewizora, dlatego, że chcieli być ze sobą, czy dlatego, że, jak sama twierdzi „nic nie było”? Czy zakładanie że współcześni rodzice oglądają seriale stawia nas, tych współczesnych w gorszym świetle niż tych mitycznych rodziców kiedyś? Przecież poprzez różne platformy np. Netflix, możemy korzystać z bardzo wielu ciekawych, mądrych i inspirujących filmów edukacyjnych, z których możemy dowiedzieć się wiele na temat współczesnego wychowania dzieci.

Dwujęzyczny czyli “żadnojęzyczny”, a język może przekazać tylko guwernantka 

27.30 

Pani profesor określa że polskie dzieci dwujęzyczne są “żadnojęzyczne”. To stwierdzenie uważam za bardzo krzywdzące w środowisku dwu- i wielojęzycznym. Sama się w takim obracam zarówno zawodowo, jaki prywatnie. Pracuję w międzynarodowej anglojęzycznej szkole w Polsce. W naszej szkole jest ponad 600 uczniów ze wszystkich kontynentów, z wielu różnych krajów świata. Uczniowie ci płynnie mówią co najmniej w dwóch językach. Już niedługo szkoła będzie obchodziła dwudziestolecie swojej działalności, a jej szybki, dynamiczny i efektywny rozwój świadczy m.in o sukcesie eukacyjnym w środowisku dzieci dwu- i wielojęzycznych. Wspomniane badania, na które powołuje się Cieszyńska na pewno nie były prowadzone w naszej szkole w ciągu ostatnich ponad piętnastu lat pracy szkoły i kształcenia tysięcy dzieci. Powoduje to u mnie pewną podejrzliwość co do wiarygodności stwierdzenia, że profesor zna międzynarodowe szkoły w Polsce. Zaskakujące jest, że zespół badawczy nie dotarł do tak doświadczonej i dużej szkoły jak nasza, a także że trudno znaleźć owe badania w internecie oraz poza nim. Do tej pory nie spotkałam się z osobami powołującymi się na badana profesor Cieszyńskiej nad dwujęzycznością, oprócz niej samej. 

Dalej możemy usłyszeć stwierdzenie, że dziecko musi najpierw opanować swój język polski ze wszystkimi głoskami (za wyjątkiem R), by zacząć uczyć się języka obcego. „Baza to jest świetny język rodzimy mówiony i pisany” – mowa o bazie do nauki języka obcego. Teza ta wygłoszona jest bardzo pewnie, a dopowiedzenie, że Cieszyńska stwierdza na podstawie dzieci z dysleksją pada już ciszej i jakoś mimochodem. Dzieci ze zdiagnozowaną dysleksję oraz innymi zaburzeniami edukacyjnymi nie mogą być społecznością, na bazie której buduje się ogólne przekonania na temat dzieci bez zaburzeń i żadnych problemów edukacyjnych. Pani profesor twierdzi, że żaden sposób nie da się w Polsce przekazać dziecku języka innego niż Polski. Jedyną słuszną drogą według Cieszyńskiej jest archaiczny model opiekunki ziemiańskich dzieci. „To ma być tak jak guwernantka w rodzinie ziemiańskiej uczyła francuskiego” – twierdzi pani profesor w XXI wieku. Przykład ten można śmiało nazwać ciekawostką historyczną. 

Wolę narcyza, bo najwyżej skrzywdzi tylko jedną kobietę 

Koniec wywiadu wywołał u mnie szok i niedowierzanie, że słyszę takie słowa z ust autorytetu naukowego. Pani profesor wspomina do negatywnym wpływie niektórych komentarzy rodziców na poczucie wartości u dzieci. Wydaje mi się, że słusznie uczula na czujność na słowa, jakimi opisujemy zachowania dziecka, by nie pogłębiać problemów dzieci. Terapii dzieci z różnymi zaburzeniami nie sprzyja niskie poczucie własnej wartości u dziecka. Komentarz, jaki pani profesor dodała w tym wątku dosłownie zwalił mnie z nóg. Dobrze, że słuchałam wywiadu na leżąco! Chodzi dokładnie o słowa z 32 minuty wywiadu, że pani Cieszyńska woli narcyzów, od osób z niskim poczuciem własnej wartości, bo “najwyżej zrobią krzywdę swojej partnerce”.

!!! 

Co to ma być?! W tym momencie utwierdzam się w przekonaniu, że cały wywiad uderza w kobiety, bo często słyszę w nim “matka daje tablecik, matka nie ma czasu, matka rozmawia z koleżanką przez telefon na spacerze zamiast z dzieckiem”. Matka, matka, matka … i potem ten narcyz “najwyżej” krzywdzący swoją partnerkę… 

Słodko – gorzko 

Cały ten wywiad zarówno w warstwie pytań, jak i odpowiedzi jest dla mnie bliski retoryce szkoły pruskiej. Przykładem może być wspomniane przez panią profesor motywowanie dzieci strasząc je dyrektorem patrzącym co się dzieje “na kamerze”. Straszenie dzieci nie jest ani dobrą, ani skuteczną, ani przyjemną metodą motywowania dzieci i tego twierdzenia jestem pewna, choć nie mam tytułu profesora przed nazwiskiem i nie przytoczę tu żadnych badań na ten temat. Żeby dodać słodyczy mojej gorzkiej opinii na temat tej rozmowy, chciałam powiedzieć że dostrzegłam także treści tej rozmowy, które warto znać. Mam tu na myśli cenne uwagi na temat smoczka i rurek oraz bidonów, choć niefortunne jest użycie stwierdzeń “kneblowanie” dzieci odnośnie używania smoczka, co jest nacechowanego negatywnie.

Gdybym jednak miała polecić komuś dobry wywiad ze znakomitym fachowcem, to na pewno nie byłby to ten materiał.

Zachęcam Cię do zapisania się do mojego newslettera (każdy subskrybent dostaje darmowego ebooka na temat bajek do nauki angielskiego) oraz do dołączenia do grupy Uczę swoje dziecko angielskiego. Jeśli spodobał Ci się ten wpis i uważasz, że warto go przeczytać, będę bardzo wdzięczna jeżeli wyrazisz to w komentarzu, dasz like lub udostępnisz. 

Wszystkie treści na blogu i w social mediach są darmowe. To rezultat mojej ciężkiej pracy, wynikającej wielkiej pasji. Będzie mi bardzo miło, jeśli zechcesz odwiedzić mój sklep z produktami cyfrowymi oraz stronę książki “Jak nauczyć dziecko angielskiego?” i zdecydujesz się na zakup oferowanych produktów. Dzięki temu zarówno blog, jak i ja możemy się rozwijać! 

Jeżeli treści, które publikuję i moje pomysły są dla Ciebie inspiracją do stworzenia czegoś innego i opublikowania w Twoim miejscu w sieci, nie zapomnij podać linka do mojej strony jako źródła Twojej inspiracji. Twórco internetowy – pamiętaj, że kopiowanie treści bez podania źródła jest niezgodne z prawem. 

Pozdrawiam,

Paulina

Udostępnij post