YouTube, tablet, komputer, telewizja – samo zło dla Twojego dziecka?

YouTube, tablet, komputer, telewizja – samo zło dla Twojego dziecka?

Nieuniknione

Ekspozycja malucha na ruchomy obraz i dźwięk – czyli po prostu oglądanie bajek (w tym konkretnym wpisie mam na myśli “wysiadywanie” przed ekranem TV, komputera, czy tabletu) to może być pułapka, jeśli wymyka się spod kontroli rodzica i staje się ulubioną rozrywką dziecka. Zgadzam się. Z tym, że przesiadywanie dziecka przed telewizorem, to nic dobrego, też się zgadzam. Widzę, obserwuję i wiem, że są lepsze formy spędzania z dzieckiem czasu. Zwłaszcza takie które spożytkują niewyczerpane pokłady energii dziecka, czyli ruch. Moim rodzicielskim założeniem jest wychowanie kreatywnego twórcy, a nie odtwórcy treści. Aktywnego i twórczego człowieka o własnym zdaniu, a nie biernego odbiorcy. Żyję z nadzieją, że mi się to uda. Przynajmniej staram się ten cel osiągnąć.

Czasem to dla mnie jedyny ratunek

Jak sami wiemy, życie weryfikuje idealistyczne plany i założenia. Do czasu pójścia dziecka do żłobka i mojego powrotu do pracy udawało mi się realizować plany wychowawcze i edukacyjne wobec synka. Wraz ze zmianą naszego trybu życia drastycznie ograniczył się czas na wspólną zabawę i naukę. Pojawiły się też bardzo liczne infekcje, zarówno naszego żłobkowicza, jak i moje. W czasie Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku oraz na samym jego początku wszyscy podupadliśmy na zdrowiu. Już o tym pisałam. Ja chyba wygrałam w tej chorobowej rywalizacji i czułam się najgorzej… co widać było na blogu… niestety. Za to przepraszam 🙁 Powoli się wygrzebujemy i szukamy dróg poprawy odporności. Robienie domowych syropów z czosnku i cebuli to już stały element walki z infekcjami, próbujemy jeszcze morsowania, zaliczyliśmy wypad nad morze, wizytę w grocie solnej itd. To, co chcę Wam dziś napisać nie dotyczy jednak naturalnych sposobów walki z wirusami, ale wspomnianej ekspozycji dziecka na multimedia (w tym konkretnym wpisie mam na myśli “wysiadywanie” przed ekranem TV, komputera, czy tabletu). Moje dziecko oglądało dużo filmików na You Tube podczas, gdy my czuliśmy się kiepsko. Tak było, nie raz spędzał nawet ponad godzinę wpatrzony w tablet! O zgrozo! Wiem, co sobie niektórzy teraz myślą… Był to jedyny sposób żeby dłużej poleżeć i przeczekać niestrawność, żeby zrobić coś do jedzenia lub z grubsza ogarnąć bałagan, czy po prostu wziąć prysznic i skorzystać z toalety. Włączaliśmy Mu wtedy całe playlisty Super Simple Songs, bo właśnie ten kanał wyjątkowo przypadł Mu do gustu.
Minuty przed ekranem mijały, ja wcale nie miałam więcej siły żeby wstać, a dziecko w moim mniemaniu było tępo wpatrzone w ekran…
Gdzie moje założenia twórczego wychowania?
Ograniczania do minimum ekspozycji dziecka na multimedia?
Wychowania bez telewizji i komputera w domu…
Przyznam, że jak już człowieka kolejny dzień paraliżuje ból żołądka, potem głowy, a potem jeszcze zęba,  to ma te założenia gdzieś…
No i tak przez kilka tygodni żyłam w przekonaniu, że zrobiłam dziecku krzywdę!  Żeby odpocząć, stawiałam Go przed tabletem i problem z głowy. Wyrzuty sumienia skierowały mnie w stronę wymyślania innych kreatywnych rozrywek, typu perkusja z garnków, ale one niestety angażowały mnie… tylko tablet dawał mi chwilę wytchnienia.

No i tak sobie tłumaczyłam, że przecież to kilkuminutowe filmiki i to jeszcze po angielsku,że na pewno nauczy się słówek, osłucha się w wymową, poćwiczy skupienie uwagi. Gdzieś tam jednak sumienie nie dawało mi spokoju i mówiło, że poszłam na łatwiznę- po najmniejszej linii oporu… I tak żyję z tymi wyrzutami za każdym razem, kiedy młody coś tam ogląda nawet przez kilka minut.

Nie taki diabeł straszny

Tydzień temu wyruszyliśmy w długą drogę do maleńkiej nadmorskiej miejscowości na weekendowy odpoczynek. W poszukiwaniu powietrza bez smogu oraz upragnionej odporności. Synek większość drogi nie spał i jak już zaczynał marudzić to ja zaczynałam śpiewać piosenki Super Simple Songs. Co się okazało? Ku mojej radości, mały wcale nie był takim biernym słuchaczem w minionych tygodniach. Po pierwsze: rozpoznał piosenki SSS w moim wykonaniu,
po drugie: śpiewał razem ze mną niektóre fragmenty!
Uff… Kamień spadł mi z serca! Czyli jednak nie wgapiał się tępo w ekran!
Co więcej, jak już został oswobodzony to pokazywał gestami co oznaczają niektóre frazy. Podam Wam teraz linki do piosenek, które szczególnie upodobał sobie mój synek, z których fragmenty sobie ciągle podśpiewuje:

  • Seria “Do you like …?” , gdzie znajdziecie mixy różnorodnego jedzenia typu: brokułowe lody :). Właśnie w tej piosence mój mały niejadek szczególnie upodobał sobie słowo “yucky” 🙂 Ciekawe dlaczego…?
  • Ukochana piosenka mojego synka, gdzie pokazujemy i śpiewamy o kolejnych perypetiach wesołego autobusu: “The wheels on the bus”. Mamy tam możliwość pokazywania m.in open and shut, up and down, co jest wstępem do następnej piosenki o przeciwieństwach “Open shut”.
  • Piosenki z teledyskami ilustrującymi ruch są doskonałym materiałem do naśladowania i nauki słówek przez ruch: “Pinocchio”, “The Hokey Pokey” (w tej ostatniej piosence mój synek uwielbia frazę “shake”, co mnie dziwi i śmieszy bo jest ona trudna jak na pierwsze wyrazy).
  • Piosenki, które towarzyszą nam w codziennej rutynie są także chętnie śpiewane przez małego. Pisałam o nich trochę np. w poście o wieczornych rytuałach
  • No i jeszcze najsłodszy dla mnie śpiew mojego maluszka, brzmi jak “siofle” czyli “Snowflake” <3

Weryfikacja utopii

Tym wpisem nie namawiam Was do zostawiania dziecka na długie godziny przed ekranem telewizora czy komputera. Absolutnie nie! Zawsze będę namawiała do spędzania czasu razem, na fajnej zabawie bez korzystania z TV czy komputera.
Życie codzienne, a zwłaszcza te trudniejsze dni, weryfikują utopijną nieraz wizję macierzyństwa, czy ojcostwa. Dziś nie propaguję multimediów, ale też nie staję w skrajnej opozycji do nich. Chciałam napisać, że nie taki diabeł straszny i należy w tym temacie też poszukać tego złotego środka. Jak we wszystkim, wszytko dla ludzi, tylko trzeba dobrać właściwe proporcje.

Wraz z polepszeniem samopoczucia w rodzinie mocno ograniczyliśmy oglądanie i słuchanie ukochanych piosenek, ale wciąż to robimy. Przygotowujemy się do pracy, o której już pisałam. Proponuję Wam wspólną pracę, a właściwie zabawę ze słownictwem angielskim. Będziemy pracować w cyklach tygodniowych. Przyda się znajomość rozmaitych piosenek po angielsku i prostych melodii do improwizowania.

Wpis ten ma na celu podniesienie na duchu rodziców krytykowanych za pozwalanie dziecku na oglądanie bajek. W żaden sposób nie propaguję ani pozwolenia na oglądanie, ani przyzwolenia na krytykę, osób, których sytuacji nie znamy. Żeby była jasność: w dalszym ciągu nie jestem zwolenniczką przesiadywania dziecka przed ekranem. Mówię stanowcze “NIE” dla wielogodzinnego i częstego wpatrywania się dziecka w ekran! Jednocześnie rozumiem, że czasem nie ma wyjścia, że czasem to jedyna deska ratunku. Kluczowe jest tu słowo “czasem”, które w tym przypadku oznacza nieczęsto.
Wpis ten uważam za niekompletny, nie wyczerpuje on tematu. Argumenty przemawiające za ograniczaniem dziecku oglądania bajek przytaczam w kolejnym wpisie. Powołuję się tam na badania w tej tematyce i kampanię społeczną kierującą uwagę na to zagadnienie. Zapraszam (klik).
A jak to jest u Was? Jestem bardzo ciekawa i będę wdzięczna za podzielenie się własnymi doświadczeniami.

Pozdrowionka 🙂

Paulina

 

Jeśli spodobał Ci się ten wpis i uważasz, że warto go przeczytać, będę bardzo wdzięczna jeśli wyrazisz to w komentarzu, dasz like lub nawet udostępnisz 🙂

Zapraszam także do polubienia fan page Bilikid na Facebooku, obserwowania nas na Instagramie czy YouTube.

 

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *